Rozmawiamy z Prezesem Beskidzkiej Izby Lekarskiej, dr. n. med. Klaudiuszem Komorem.

Od wybuchu pandemii koronawirusa minęło już kilka miesięcy. Jak według Pana radzimy sobie z bądź co bądź z nową sytuacją, w jakiej przyszło nam żyć?

Chyba nie powiem tutaj nic odkrywczego. My sami, specjaliści z zakresu medycyny jesteśmy zaskoczeni tym, że ilość zakażeń od miesięcy nie spada. Dodatkowo dochodzi do ciągłego znoszenia obostrzeń. Wiadomo, gospodarki nie można ciągle blokować. Zgoda na organizowanie wesel, imprez masowych, czy zezwolenie na zapełnienie stadionów sportowych powinno jednak naszym zdaniem jeszcze poczekać.

W pierwszym okresie, gdy wybuchła pandemia, wszystkie kraje na świecie wpadły w lekką panikę, nikt nie wiedział jak się zachować, brakowało procedur. Z czasem udało nam się jednak wypracować w miarę sensowny kompromis, szczególnie tutaj w Polsce. W efekcie w naszym państwie ilość zachorowań nigdy nie zbliżyła się do granicy bezpieczeństwa służby zdrowia. Cały problem krajów takich jak np. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Hiszpania, czy Włochy polegał na nagłym przeciążeniu służby zdrowia dużą liczba zachorowań. Spowodowało to, że osoby, które mogły być wyleczone nie miały na to szans. Brakowało dla nich specjalistycznych sprzętów w szpitalach. U nas do tego nie doszło. Większość przygotowanych miejsc została niewykorzystana.

Podsumowując można więc powiedzieć, że z jednej strony zdaliśmy egzamin. Z drugiej jednak strony brakowało i wciąż brakuje koordynacji, takiego jednego jasnego systemu zarzadzania epidemią. Niektóre wytyczne, które wychodzą przeczą innymi. Wymaga to od nas, lekarzy tego byśmy działali tak trochę w warunkach polowych.

Krótko mówiąc na pewno poradziliśmy sobie lepiej niż np. Hiszpania, czy USA, ale jednak gorzej niż Niemcy, czy Szwajcaria. Taka 3 z plusem

 

Na jakim etapie walki z pandemią jesteśmy obecnie?

 

Niestety, tego nikt nie wie. Nie mamy pojęcia, czy jesteśmy wciąż w trakcie trwania pierwszej fali, czy jest to już początek drugiej. Mnie osobiście cieszyła jedna rzecz, liczba osób zdrowiejących była wyższa niż nowych zachorowań. Innymi słowy ilość aktywnych przypadków malała. Niestety, teraz to się na nowo zmienia. Wydaje się jednak, ze choroba ma nieco łagodniejszy przebieg co widzimy po ilości zgonów, czy ilości osób na respiratorach. W szczytowym okresie mieliśmy ponad 3 tysiące hospitalizowanych pacjentów. Teraz mamy ich 1,600, a więc mniej o połowę. Na jakim etapie jesteśmy, tego niestety jednak nikt nie wie. Wielu ludzi przechodzi chorobę bezobjawowo, na przykład kopalnie. Tam 95% zakażeń to właśnie zakażenia bezobjawowe.

 

Wiele krajów po zniesieniu obostrzeń zaczyna na nowo borykać się z problemem wzrostu zachorowań. Czy nas też czeka ten scenariusz?

 

Filozofia tłumu. Ludzie na początku zostali tak mocno skoszarowani, że po dwóch miesiącach kiedy nie mogliśmy wyjść z domu nawet po to, by pospacerować chcielibyśmy wrócić do całkowitej normalności. Musimy zmienić jednak tok myślenia. Pewne rzeczy zostaną z nami na długo, najpewniej do czasu wynalezienia szczepionki, chociaż już wiemy, że to może też nie być koniec. Okazało się, że przeciwciała we krwi po przechorowaniu koronawirusa utrzymują się tylko około trzech miesięcy. W odniesieniu do szczepień oznacza to, że będziemy je musieli powtarzać co roku; tak jak ma to miejsce w przypadku grypy. My lekarze cały czas apelujemy o proste rzeczy. Trzeba stosować się do trzech zasad, by zminimalizować ryzyko zakażenia; maseczki, dystans i higiena. Moim zdaniem zniesienie obowiązkowego noszenia maseczek było przedwczesne. Wina naszego rządu w tym temacie jest olbrzymia. Powstało zamieszanie; najpierw mówiono absolutnie nie nosić, potem nagle nosić pod groźbą mandatów, a na koniec z dnia na dzień kolejna zmiana decyzji.

 

No więc, jak to jest z tymi maseczkami. Szkodzą, czy nie…

 

Opieram się na zdaniu wirusologów, którzy zdecydowanie mówią, że maseczki pomagają. Mamy dwa rodzaje maseczek; wysokospecjalistyczne, które chronią personel medyczny przed tym, by nie wdychał wirusa, który unosi się w powietrzu i maseczki zwykłe chirurgiczne chroniące nas wszystkich przed chorymi, by nie wykaszliwali wirusa na zewnątrz. Maseczka spełnia jeszcze jedno zadania. Udowodniono, że każdy z nas kilka tysięcy razy na dobę dotyka nosa lub ust, czyniąc to zupełnie bezwiednie. Koronawirus potrafi przetrwać dość długo na rożnego rodzaju powierzchniach, a my dotykając ich możemy przenieść zarazki na palcach do nosa, czy ust. Moim zdaniem maseczki zdecydowanie tak, szczególnie w pomieszczeniach zamkniętych. Na świeżym powietrzu, przy zachowaniu dystansu szansa na zakażenie jest niewielka.

 

Koronawirus wciąż groźny, czy już nie…

 

I tak i nie. Bardzo groźny w przypadku ciężkich przebiegów. Statystyki nie kłamią, umierało wiele osób, głównie tych z grupy ryzyka; starszych po 65 roku życia z chorobami serca, układu krążenia, cukrzycą, obniżoną odpornością. U młodych wirus ma zwykle przebieg bezobjawowy lub skąpo objawowy. Teoretycznie wiec jest niegroźny. Jest jednak jakiś procent osób, nawet tych młodych, które chorują bardzo ciężko, a nawet umierają. Ja więc uważam, że bezwzględnie ten wirus jest wciąż groźny.

 

A jak według Pana z pandemią radzi sobie powiat bielski?

 

Jesteśmy częścią składową województwa Śląskiego, czyli tej części Polski która jest najbardziej dotknięta pandemią. Mieliśmy bardzo duże ognisko w Czernichowie, w Domu Pomocy Społecznej. Mieliśmy i to już kilkakrotnie zamykane oddziały szpitalne. Duża część kadry medycznej przebyła koronawirusa. Patrząc na tle całego regionu to wypadamy całkiem dobrze. U nas obostrzenia zostały podjęte bardzo wcześniej dzięki czemu początek mieliśmy dość łagodny, bez dużej liczby zachorowań. Nasze szpitale dawały radę bez problemu. Nie jest tak dobrze jak na przykład w województwie lubuskim, czy warmińsko-mazurskim, ale ostatecznie wypadamy raczej na plus.

 

Zostajemy przy temacie koronawirusa. Zmienimy jednak nieco kierunek naszej rozmowy. To co w tej chwili interesuje Polaków najbardziej to dostęp do służby medycznej. Stąd też moje kolejne pytanie. Przychodnie otwarte, czy tez wciąż zamknięte?

 

Przychodnie nigdy nie były tak do końca zamknięte. Gdy jakaś placówka ma podpisany kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia, to nie ma możliwości, by tak po prostu ja zamknąć. Została wprowadzona tzw. tele porada - równoważna i preferowana metoda udzielania konsultacji. Oczywiście były i są takiej momenty, kiedy nie można zdiagnozować pacjenta przez telefon i z tego co mi wiadomo, to wszystkie przychodnie w takich wyjątkowych sytuacjach pacjentów przyjmowały i przyjmują. Lekarz jest odpowiednio zabezpieczony, ubrany w strój ochronny. Co oczywiste nie dotyczy to osób z infekcjami, które mogą być podejrzane o COVID, bo one z automatu powinny zgłaszać się do szpitali jednoimiennych, bądź do sanepidu, a nie do lekarza rodzinnego. Bardzo ważne jest, by w przypadku podejrzenia infekcji zakaźnej; gorączka, przeziębienie, duszności nie traktować lekarza rodzinnego, jako pierwsze źródło kontaktu.

 

Podsumowując, w przypadku przeziębienia lekarz rodzinny nas nie przyjmie….

 

To jest bardziej apel nas lekarzy, by myśleć nie tylko o sobie, ale także o wszystkich innych ludziach. Lekarze rodzinni nie są przygotowani do tego, by zajmować się pacjentem z podejrzeniem COVID. Nie mają możliwości wyizolowania takiego pacjenta, czy odpowiedniej sterylizacji wszystkich pomieszczeń. Oczywiście proste przeziębienie; katar, ból gardła może być załatwione w ramach tele porady. Natomiast gorączka plus objawy typu kaszel, duszności - zgłaszamy się bądź na izbę przyjęć zakaźną w Cieszynie, bądź do szpitala jednoimiennego w Tychach.

 

Lekarze rodzinni udzielają tele porad, a co z poradniami specjalistycznymi….

 

Przychodnie możemy podzielić na dwie grupy; podstawowa opieka zdrowotna, czyli POZ oraz AOS, czyli ambulatoryjna opieka specjalistyczna. Do tej drugiej grupy zaliczamy poradnie ginekologiczne, kardiologiczne, laryngologiczne, gastrologiczne i inne. Z tego co wiem to te poradnie już wszędzie działają normalnie.

Wracając jednak do POZ, czyli gabinetów lekarzy rodzinnych. Tak jak mówiłem wcześniej całkowitego zamknięcia tutaj nigdy nie było. Teraz jednak pojawiła się i tu tendencja do tego, by przynajmniej w pewnej części wracać do normalności. Oczywiście pod pewnymi warunkami. Wizyta musi być wcześniej telefonicznie umówiona, po to by nie dochodziło do sytuacji, w której siedzi koło siebie w poczekalni kilka osób nie zachowując dystansu. Placówki, które maja podpisane kontrakty z NFZ powinny pacjentów, którzy zdecydowanie żądają wizyty u lekarza przyjąć normalnie. Pacjent może się tego domagać.

 

Rozmawiamy o przychodniach, a jak w chwili obecnej wygląda sytuacja w szpitalach. Jeszcze nie tak dawno ludzie, którzy wymagali pilnej pomocy lekarskiej zwyczajnie bali się wizyt na SOR. Czy teraz można już udać się tam względnie bezpiecznie?

 

Szpitale w Bielsku-Białej przestrzegają bardzo rygorystycznych procedur, szczególnie SOR i Izby Przyjęć. Personel stosuje środki ochrony, a wiec możliwość zarażenia się COVID od nich jest znikoma. Natomiast niestety na pomoc doraźną zgłaszają się czasami osoby nie zawsze i nie do końca odpowiedzialne. My staramy się pilnować, by każda osoba zgłaszająca się na SOR miała chociażby maseczkę. Funkcjonuje system TRIAGE. Przy wejściu każdy ma mierzoną temperaturę, przeprowadzany wywiad. Jeżeli pojawia się jakiekolwiek podejrzenie zakażenia COVID, to taka osoba jest natychmiast izolowana od pozostałych pacjentów. Są jednak, jak dobrze wiemy, przypadki bezobjawowe - praktycznie nie do wychwycenia poza metodami genetycznymi, czyli testami. Wówczas rzeczywiście jeśli ktoś taki siedzie koło nas i dodatkowo zdejmie maseczkę to ryzyko zakażenia istnieje.

Tutaj pojawia się mój apeluje. SOR powinien być wybierany jedynie w sytuacjach naprawdę kryzysowych. Nie do pomyślenia jest w obecnej rzeczywistości, by pacjenci specjalnie czekali np. do godziny 18.00, kiedy zamykane są gabinety rodzinne by iść na SOR i być zbadanym przez specjalistę w ciągu godziny – a takie sytuacje zdarzały się w przeszłości. Musimy myśleć zdroworozsądkowo. Zdawać sobie sprawę z tego, że każdy z nas może być ofiarą wypadku, albo nagłego zachorowania i na tym SOR będzie się musiał znaleźć.

 

Wspomniał Pan, że koronawirus zostanie z nami na długo, prawdopodobnie do czasu wynalezienia szczepionki.  Wierzy Pan, że pojawią się one na rynku już w tym roku?

 

Tak naprawdę potrzebujemy dwóch rzeczy. Rzeczywiście wygląda bowiem na to, że koronawirus zostanie z nami taka samo jak grypa. Pierwsza to wspomniana szczepionka, a druga to skuteczny lek. Jeżeli chodzi o szczepionkę to kilka dni temu czytałem, że szczepionka, nad która pracuje się w Anglii jest już na bardzo zaawansowanym etapie. Wygląda na to, że może być gotowa w okolicach października/listopada. Nie ma się jednak co łudzić. Żaden zakład produkcyjny nie jest w stanie wyprodukować w ciągu tygodnia, czy miesiąca tyle dawek,  by można było zaszczepić cały świat. Krótko mówiąc, gdy będzie ona gotowa to będzie dostępna tylko dla niektórych grup. Cala reszta populacji będzie musiała poczekać przynajmniej rok.


Rozmawiała: Monika Brokking