Rafał Ryplewicz zakończył swój debiutancki sezon w rowerowych zawodach enduro w najwyższych górach Starego Kontynentu. W rozmowie z naszym portalem opowiada o tym jak ocenia swoje pierwsze występy w Alpach i Pirenejach.

Jak oceniasz miniony sezon w swoim wykonaniu?

 

RR: Ogólnie na plus. Udało mi się zakwalifikować i ukończyć słynny Megavalanche oraz komplet Maxiavalanche i bezpiecznie wrócić z nich do domu. To był mój cel.

 

Czy miałeś w jego trakcie jakieś problemy?

 

RR: Oczywiście, realizacja planu była dla mnie bardzo wymagająca fizycznie i psychicznie. W głębi serca bałem się tego wyzwania, nigdy wcześniej nie stałem na wysokości 3 500 m n.p.m. Organizacyjnie wszystko było zaplanowane na styk. Co więcej miałem pełną świadomość, że na wyjazdach będę musiał radzić sobie sam.

 

Co sprawiło najwięcej problemów?

 

RR: Sama podróż do Andory tak mnie zmęczyła za kierownicą, że po przyjeździe na miejsce nie miałem już specjalnie ochoty na mierzenie się z przygotowaną przez organizatorów trasą. Swoje dołożyły też ograniczenia w hotelu i problemy techniczne z rowerem podczas kwalifikacji. We Francji po bardzo udanych kwalifikacjach poturbowałem się na lodowcu, na samym początku wyścigu. Jego pokonanie pochłonęło wszystkie moje siły, kontynuowałem jazdę do doliny już bez sportowego zacięcia. Z kolei we Włoszech pogoda była tak surowa, że przemarzłem na starcie i nim się rozgrzałem długo jechałem cały sztywny.

 

Czy tamte zawody to sportowo duży przeskok w porównaniu do krajowych imprez w tej dyscyplinie?

 

RR: Pod względem długości tras i ich otoczki na pewno. Za jednym zamachem trzeba przejechać na czas od 10 do nawet ponad 20 kilometrów. Wysokość, temperatura, ogromne urwiska, przepaście czy śnieg to elementy niewystępujące u nas. Kolejna trudność to wspólny start większej grupy zawodników, trzeba było uważać nie tylko na tor jazdy ale na to by nie dostać z bara czy kołem innego roweru. Natomiast sama trudność tras jest podobna. Najbardziej wymagające fragmenty były zbliżone do słynnej ścianki na Dziabarze (red.: czarna trasa Enduro Trails na Szyndzielni).

 

Co możesz powiedzieć o poziomie uczestników zawodów?

 

RR: Zawodowcy, zwłaszcza zawodnicy zespołów fabrycznych, są niesamowici. Nie potrafię wyjść z podziwu jak lekko i szybko zjeżdżają choćby z lodowca. Rozpędzają się wtedy nawet do ponad 100 km/h, w ogóle nie boją się prędkości. Jeśli chodzi o amatorów, z którymi startowałem, to poziom był bardzo zróżnicowany. Niektórzy jeżdżą prawie tak dobrze jak zawodowcy. Mniejsza grupa, podobnie jak ja, walczy raczej ze sobą i trasą niż z czasem.

 

Twoje filmy z przejazdów również robią wrażenie. Czy jazda z kamerą na kasku była dla Ciebie jakimś dodatkowym utrudnieniem?

 

RR: Fizycznie jej nie czułem. Musiałem tylko w trakcie jazdy o niej pamiętać by co jakiś czas w miarę możliwości przetrzeć rękawiczką jej zachlapany obiektyw. Nie czułem również z jej powodu jakieś dodatkowej presji czy stresu.

 

Czy coś Cię zaskoczyło, czegoś się nie spodziewałeś?

 

RR: Trasy były znacznie trudniejsze niż przypuszczałem na podstawie filmików z poprzednich lat. Nie oddają one prawdziwych trudności czy stromizny terenu. Byłem też zaskoczony problemami z komunikacją w języku angielskim, zwłaszcza we Francji. Nie przewidziałem jeszcze trudności z aklimatyzacją oraz ze snem w trakcie weekendów wyścigowych. Zdałem sobie sprawę, że na takim poziomie przygotowanie głowy jest równie ważne jak przygotowanie techniczne czy kondycyjne. Nad tym będę musiał w przyszłym roku bardziej popracować.

 

A jak się spisał Twój sprzęt?

 

RR: Sam sprzęt był okey ale niestety nie trafiłem z jego doborem. Nie zmieniłem go przed sezonem i to się okazało błędem. Ten rok wiele mi uświadomił. Na długich dystansach rower w prowadzeniu był zbyt ciężki, toporny. Chciałem by był jak najtwardszy, odporny na uszkodzenia ale na tak długie trasy jego masa okazała się zbyt duża. Hamulce były tak ostre, że przy hamowaniu potwornie męczyły mi się ręce, brakowało modulacji. Na krótszych i łagodniejszych dystansach dawałem sobie jeszcze z nimi radę. Kolejnym pudłem były opony, które okazały się zbyt podatne na przebicie. Reszta sprzętu spisała się dobrze.

 

Kto Cię wspierał w tym sezonie?

 

RR: Do sezonu przygotował mnie Wojtek Sander, były zawodnik downhillu. Wsparcie zapewniło kilka podmiotów widocznych na moich koszulkach. Oczywiście kibicowała mi rodzina i przyjaciele za co im bardzo dziękuję.

 

Gratuluję sezonu i dziękuję za rozmowę.

 

Ja również i dziękuję Państwa portalowi za objęcie moich startów patronatem medialnym.

 

Rozmawiał: Mirosław Krysta

 

Partnerem głównym bielskiego zawodnika jest firma informatyczna emerton.eu. Wsparcie zapewnia Urząd Miejski w Bielsku-Białej, Komunikacja Beskidzka S.A., Waleczny.pl oraz ZIAD Bielsko-Biała S.A. – operator kolei linowej na Szyndzielnię. Patronat medialny nad startami objął portal BielskoBiała.DlaWas.info.