Nieraz w moich tekstach pisałam o tym, że nie rozumiem fali krytyki, jaka wylewa się na frankowiczów w sieci. Od tygodni w mediach toczy się debata między znanymi ekonomistami i prawnikami na temat kredytów frankowych. Jedni mają poparcie złotówkowiczów, inni frankowiczów. To zrozumiałe. Jednak w wielu komentarzach pod artykułami ponownie nakręca się krytyka kredytobiorców we frankach.

Nieraz w moich tekstach pisałam o tym, że nie rozumiem fali krytyki, jaka wylewa się na frankowiczów w sieci. Od tygodni w mediach toczy się debata między znanymi ekonomistami i prawnikami na temat kredytów frankowych. Jedni mają poparcie złotówkowiczów, inni frankowiczów. To zrozumiałe. Jednak w wielu komentarzach pod artykułami ponownie nakręca się krytyka kredytobiorców we frankach. Oto argumenty: 

Gdy banki (być może z pomocą państwa) pomogą uwolnić się od kredytu frankowiczom, to w efekcie ci ostatni wyjdą na kredytach lepiej niż złotówkowicze. No i co z tego? Przecież nikt nie chce tutaj „dołożyć” złotówkowiczom, ale walczyć o sprawiedliwość – ukarać bank. Naprawdę ktoś myśli, że osoba, która po kilkunastu latach płacenia kredytu, mając go do spłaty jeszcze w wysokości dwukrotnie wyższej niż jego wartość w dniu zaciągnięcia, chce walczyć z bankiem, by komuś „dołożyć”?

Cały czas padają argumenty, że wygrane w sądach frankowiczów fatalnie odbiją się na sytuacji banków, że te może nawet padną. Przepraszam – a to banki nie wiedziały, że łamały prawo? Swoje już zarobiły na wyższym kursie franka. Jak zmniejszą się ich zyski – no trudno. To one same sprzedawały tak wadliwy produkt jak kredyt frankowy. Niestety obawiam się, że państwo im pomoże i skończy się tak, jak podczas kryzysu w 2008 roku – duże zyski akcjonariuszy, dobre pensje i odprawy prezesów banków, a koszty ich działań zostaną przerzucone na społeczeństwo.

Pojawiają się też argumenty, że obie strony są równe w tym sporze. „Że widziały gały, co brały”. No nie do końca – banki mają swoich prawników, specjalistów od ryzyka. Wiedziały, jak się ta sytuacja skończyła w innych krajach. Tu liczyły na słabość państwa (które ich nie skontroluje) i konsumentów. Stąd były i są stroną silniejszą w sporze.

Jeszcze inni twierdzą, że może i banki łamały prawo, ale nie możemy zadbać o sprawiedliwość i oddać frankowiczom niesłusznie pobrane pieniądze, bo to będzie rzutować na gospodarkę. Czy tylko ja uważam, że w tym stwierdzeniu jest coś mocno nie tak?

Co więcej, banki przez cały czas ignorowały kredytobiorców, nie wychodziły im naprzeciw, a teraz grają na czas. Do dziś nie ma realnych propozycji ugód. Wszyscy czekają na wyrok SN, który jest ciągle przekładany... Tym razem bezterminowo!

PS Do napisania tekstu zainspirował mnie artykuł Adam Leszczyńskiego w „Krytyce Politycznej”.

O autorce:

Wanda Sielewicz – pasjonatka prawa, nie tylko polskiego. Doktorantka o dyscyplinie prawo Uniwersytetu Warszawskiego, magister prawa francuskiego o specjalizacji: francuskie i europejskie prawo biznesowe Uniwersytetu w Poitiers. Jest również z wykształcenia ekonomistą – ze specjalizacją w zarządzaniu finansami. Doświadczenie zawodowe zdobywała w warszawskich kancelariach prawnych, zajmując się prawem handlowym oraz procesowym o specjalności odszkodowawczej. Jej specjalizacja to odszkodowania i zadośćuczynienia za niesłuszne pozbawienie wolności osób represjonowanych z powodów politycznych w latach 1944-1989. Jej najnowszy projekt, mamkredytwefrankach.pl, skupia się na pomocy frankowiczom.